Maciej Topolski rozmawia z Waldemarem Jocherem na łamach "ArtPapier"

Waldemar Jocher, Maciej Topolski.

 

 Maciej Topolski: Na początku chciałbym ustawić naszą rozmowę, co wybaczą mi, mam nadzieję, czytelnicy i Ty, Waldemarze, wybaczysz: używać będę w naszej rozmowie różnego rodzaju znaków wątpliwości, a co za tym idzie, będę je też próbował potwierdzać.


W wierszu „druga część wieczoru____ która się” z tomu „Przetrwalnik” jest mowa o oczekiwaniu dokonywanym „przy okazji przed świtem”, na moment, kiedy „zacznie się pisać, to znaczy // po ciemku ubywać wymiotów___ przybywać palców”. I nagle pojawia się wspaniały zjazd w dół języka „w trójwymiar szumów”, się zaczyna mówić, „patrzcie”. Mamy tutaj „do czynienia” z mimowolnością wchodzenia czy też zagłębiania się w język, a zarazem z wyraźnym ulokowaniem w czasie, w którym sam proces pisania może się wydarzyć. Jest to dokładne poetyckie odzwierciedlenie tego, o czym wspominałeś w jednej z rozmów: powstawanie wierszy jest złożeniem różnorodnych stanów („zawieszenia, skupienia, poczucia scalenia”), ale też „wytryskiem”: wyjściem/wejściem poza/w czas, miejsce i język. Zadziwia i pochłania mnie fakt ciągłego towarzyszenia słowom, aż do samego końca, do momentu, w którym wiersz powstaje, zostaje uwidoczniony, jest już rezultatem: czymś do określenia.

I o to chciałbym zapytać: czy podobny proces zawsze kończy się odczuwanym przez Ciebie zdziwieniem związanym z lekturą własnego wiersza? Ile jest w pisaniu, mówieniu, przepływie kontroli? A ile miłości – oddania – rozpływu ? - czytaj więcej
 

Weronika Janeczko rozmawia z Waldemarem Jocherem na łamach "Małego Formatu"

Wal­de­mar Jo­cher, autor i asy­stent au­to­ra w jed­nej oso­bie. To dobry in­ci­pit?

Przede wszyst­kim za­cznę od tego, że „in­ci­pit” ro­zu­miem jako „po­cząt­ko­wa­nie”, a to ozna­cza dla mnie pro­ces. Na­to­miast moje do­świad­cze­nie za­rów­no jako twór­cy, jak i czło­wie­ka osa­dzo­ne­go w kon­kret­nym cza­sie i miej­scu mówi mi, że umie­jęt­ność nada­wa­nia nazw i „ty­tu­łów” nie jest wcale tak oczy­wi­sta. Nie mam tutaj na myśli wy­łącz­nie spraw do­ty­czą­cych po­ję­cia two­rze­nia. Zatem pro­blem z iden­ty­fi­ka­cją, w tym au­to­iden­ty­fi­ka­cją, może nie jest dobry, ale na pewno in­te­re­su­ją­cy.

 Jak zatem zi­den­ty­fi­ko­wałbyś się sam na tle/w pro­ce­sie/w tle tej książki, na tle/w pro­ce­sie/w tle początko­wa­nia?

Twoje py­ta­nie bez­po­śred­nio do­ty­czy sedna, jakie za­war­te jest w moim bio­gra­mie umiesz­czo­nym w nie „moim” tomie. Jeśli mam być szcze­ry to z całym prze­ko­na­niem od­po­wiem, że w kon­tek­ście całej swo­jej twór­czo­ści, a zatem i tej książ­ki, je­stem czło­wie­kiem asy­stu­ją­cym pro­ce­so­wi two­rze­nia. Czyli bar­dziej ob­ser­wa­to­rem niż spraw­cą. Py­ta­nie, na czym po­le­ga owa ob­ser­wa­cja? Od­po­wie­dzi może być kilka: ob­ser­wa­cja jako otwar­cie się, ob­ser­wa­cja jako zgoda na „prze­pływ” wier­szy, ob­ser­wa­cja jako in­tym­na re­la­cja z nie tylko z całym tym dzie­dzic­twem, któ­re­mu na imię li­te­ra­tu­ra (że tak spa­ra­fra­zu­ję zna­ne­go Po­la­ka), ale głów­nie z tym, co jesz­cze nie jest wi­docz­ne. Dodam, że oczy­wi­ście jako asy­stent au­to­ra pod­le­gam wszyst­kim emo­cjom i sta­nom, które mo­gło­by mu to­wa­rzy­szyć.

Co zatem z rze­czy, które jesz­cze nie są wi­docz­ne, za­czy­na być, choćby i po­wo­li, możliwe do zauważenia?

Nie wiem. Mogę po­wie­dzieć je­dy­nie o tym, co już za­uwa­ży­łem. Tylko po co o tym mówić skoro jest to w „moich” wier­szach. Zresz­tą, także sa­me­mu sobie nie chcę za­bie­rać ele­men­tu za­sko­cze­nia. Dzia­łam in­tu­icyj­nie, idę po omac­ku, cho­ciaż w tej ciem­no­ści to­wa­rzy­szy mi kon­kret­na „lampa u mych stóp”. Tylko wi­dzisz, lampa - czytaj więcej